#WTNGD


Przebudził się. Wszystko wokoło wydawało się takie obce i tajemnicze, otulone nieprzyjemną mglistą poświatą. Rozejrzał się niepewnie, w półmroku niczego nie rozpoznając. Nie miał pojęcia gdzie właśnie się znalazł, ani w jaki sposób tam dotarł. Pusta otchłań, która go otaczała była przerażająca i naprawdę niepokojąca. Niewiele pamiętał, a pojawiające się obrazy z przeszłości były zamazane i niewyraźne. Otępiający ból rozsadzał jego głowę, przyprawiając o nudności, nad którymi z trudem panował. Wszędzie unosiła się gęsta mgła, która uniemożliwiała mu dojrzenie czegokolwiek. Powietrze było niezwykle wilgotne, wręcz parne, powodując krótkotrwałe braki tchu. Duszący zapach stał się przyczyną pieczenia wrażliwych oczu, które próbowały przywyknąć do nowych warunków w otaczającej go ciemności. W pewnej chwili, gdy wszystkie zmysły bardzo powoli zaczynały adaptować się do nowego środowiska, zdał sobie sprawę, że gdzieś z oddali dochodził go delikatny szum wody. Wytężył słuch i niepewnym krokiem ruszył przed siebie. Odruchowo spojrzał w dół, ale jego stopy tonęły w ciemnym dymie, który unosił się kilka centymetrów nad nieznaną powierzchnią.
Nagle zatrzymał się, gdy nieopodal rozległo się ciche, jakby nieśmiałe brzęczenie strun gitary. Nie wiedział dlaczego, ale jego serce mocniej zabiło, a usta nieoczekiwanie zadrżały, gdy wydobyło się z nich niekontrolowane, stłumione westchnienie. Postanowił iść w kierunku, z którego płynęła przyjemna melodia, prowadzony przedziwnym uczuciem, którego nie potrafił jeszcze nazwać. Pochłonięty kojącą muzyką, niespodziewanie potknął się o coś, tracąc na moment równowagę. Krótkie, prawie niedosłyszalne przekleństwo rozpłynęło się w duszących oparach, a on dzielnie znowu ruszył przed siebie, po omacku poruszając się w tym uporczywym zamgleniu. Nie był przekonany, czy to tylko wytwór jego wyobraźni, ale wydawało mu się, że z każdym kolejnym krokiem mrok zaczynał się rozrzedzać, ustępując miejsca lekko bojaźliwemu, pulsującemu z oddali światełku. Potrząsnął głową, ale ten osobliwy blask zdawał się nie znikać, wręcz przeciwnie, nabierał na sile. Kilka kolejnych niepewnie stawianych kroków przybliżało go do źródła przebłyskującej przez mgłę jasności, a płynąca w akompaniamencie szumu wody melodia stawała się coraz bardziej wyraźna. Z coraz większym podenerwowaniem przedzierał się przez odurzającą, gęstą parę. Oddychał zdecydowanie ciężej, z trudem chwytając następne hausty dławiącego powietrza. Coś jednak nakazywało mu podążać w tamtą stronę, jakby jakaś magiczna siła przyciągała go właśnie tam. Wygrywane dźwięki zaczęły głuchym echem odbijać się w jego głowę, ale nie potrafił przypomnieć sobie z czym mu się kojarzyły.
Mgła zaczęła się przerzedzać, a wcześniej rozmyte rysy stały się bardziej krystaliczne. Jego oczom ukazała się obdrapana, stara fontanna, a wypływająca z niej woda była źródłem zasłyszanego wcześniej szumu. Na samym rogu siedziała odwrócona tyłem, lekko pochylona nad gitarą postać. Jasne włosy spływały po ramionach, zakrywając twarz dziewczyny. Wokół całej przygarbionej sylwetki jaśniała rozpraszająca mrok poświata. To ona była przyczyną tego migającego w ciemności blasku, który go tutaj prowadził. Poczuł krótkie ukłucie w żołądku, a serce ponownie załomotało kilka razy szybciej, niż był do tego przyzwyczajony.
Wyglądała jak księżniczka. Jego księżniczka. A wspomnienia powróciły.
Nagle odwróciła się, a jasnoniebieskie oczy momentalnie oczarowały go swoim blaskiem. Kolejny raz. Podniosła się raptownie ze strachem w nerwowym spojrzeniu. Odruchowo wstrzymał oddech, gdy nieco przerażona, ale jednocześnie zaintrygowana przyglądała mu się, pochylając delikatnie głowę w stronę ramienia.
- Alex – wyszeptał tak cicho, jakby z obawy, że nadmiar głośnych dźwięków mógłby ją znowu mu odebrać. Podszedł bliżej, ale ona lekko zlękniona się wycofała. Zmarszczył brwi.
- Skąd znasz moje imię? - zapytała z dystansem w pełnym niezrozumienia głosie, przyglądając się niepokojąco jego osobie. Uśmiechnął się, a w policzku pojawiło się delikatne wgłębienie. Dziewczyna otworzyła szerzej oczy, a zaciśnięte do tej pory usta lekko rozchyliły się. Wydawało mu się, że drgnęła, jakby nagle coś sobie przypomniała, ale równie dobrze mogło być to jedynie złudne przewidzenie.
- Bo jesteś moją Alex, moją małą, nieznośną księżniczką – wyznał z przekonaniem, przepełniony niesamowitą radością. Znowu zaryzykował i zrobił niewielki krok w jej stronę. Był on na tyle niespodziewany i zaskakujący, że tym razem nie zdążyła zrobić uniku. Jego roztrzęsiona dłoń raptownie pochwyciła jej niewielką rękę, otulając delikatnym dotykiem. Powietrze wokół nich zawirowało. Oboje poczuli przeszywający dreszcz na rozpalonych ciałach, a roziskrzone spojrzenia na nowo się spotkały. Blondynka otrząsnęła się pierwsza, wyrywając się gwałtownie z jego uścisku.
- Nie znam cię – odparła, marszcząc brwi. Odsunęła się od niego, a jego początkowy entuzjazm ulotnił się wraz z wypowiedzeniem tych kilku słów. - Kim ty jesteś? Jak się tu znalazłeś?
- Nic nie pamiętasz? - spytał, nie kryjąc zdziwienia i pewnego rodzaju rozczarowania. Gdy pokręciła przecząco głową, westchnął z dezaprobatą. Niedługą chwilę wpatrywał się w nią otępiałym wzrokiem, zagryzając lekko dolną wargę. Moment później rozglądał się niespokojnie na boki, sprawiając wrażenie, jakby czegoś uporczywie poszukiwał.
- Możesz mi powiedzieć, co tutaj robisz? - ponagliła go kolejny raz. Luke ponownie przeniósł pobudzone spojrzenie na stojącą nieopodal dziewczynę, wnikliwie lustrując jej zafrasowaną twarz.
- Nie wiem – odparł z pełną szczerością i krótkim wzruszeniem ramion. - Chyba cię szukam – dodał po chwili, a kąciki jego ust niespiesznie uniosły się ku górze. Ona przewróciła tylko teatralnie oczami, co wywołało ciche parsknięcie chłopaka. Nie miał już wątpliwości, że to była jego Alex.
- To niemożliwe, my się przecież nawet nie znamy – zaoponowała momentalnie, krzyżując przed sobą ręce. Luke zamilkł. Wpatrywał się w nią z podziwem, nie mogąc chyba do końca uwierzyć w to, że znowu stała przed nim, była zaledwie na wyciągnięcie ręki. I mimo że go nie pamiętała, odczuwał tę nieskończoną radość, która ogarnęła całe jego wnętrze. Miał ochotę podbiec do niej, chwycić mocno w ramiona i nigdy więcej z nich nie wypuścić.
- Muszę zrobić coś, co zapewne ci się nie spodoba, ale obiecaj mi, że nie uciekniesz, dobrze? - wyznał w końcu z nutką tajemnicy w głosie, jednak nawet nie pozwolił jej udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi, bo w tej samej chwili stał tuż przy niej, a ich drżące z emocji ciała zetknęły się. Objął ją ręką w pasie i bez zastanowienia przyciągnął do siebie tak blisko, jak tylko było to możliwe. Musiał wykorzystać moment jej zdezorientowania i brak reakcji, na to co próbował uczynić. Gdy jego dłoń spoczęła na dolnej części odsłoniętych pleców dziewczyny, a opuszki palców delikatnie, nie do końca zamierzenie musnęły ciepłą skórę, zmusił ją do tego, aby uniosła się nieznacznie na palcach. On sam pochylił się, unosząc drugą rękę na wysokość jej twarzy i z niezwykłą czułością pochwycił podbródek, czule gładząc go kciukiem. Nagle bez żadnego ostrzeżenia jego usta musnęły dolną wargę, delikatnie otulając ją przejmującym ciepłem. Doskonale poczuł to jak Alex wstrząsnął przeogromny dreszcz. Instynktownie rozszerzyła usta, a cichy jęk wydobył się z nich. Chłopak odsunął się na niewielką odległość i nieco zamglonym spojrzeniem popatrzył na jej pogrążoną w chwilowej rozkoszy twarz. Nim uniosła powieki, jej usta ozdobił jeden z najpiękniejszych uśmiechów, jak dane było mu kiedykolwiek zobaczyć. Sekundę później błękit jej błyszczących tęczówek na nowo go oczarował. Westchnęła z rozkoszą.
- Luke – wymruczała z na wpół otwartymi oczami, wpatrując się w niego z przejęciem. Nadal drżała, oddychając nierówno. Chciała jeszcze coś dodać, ale z nadmiaru emocji zachłysnęła się powietrzem, a jej klatka piersiowa przylgnęła do jego torsu. Nieprzytomna, lekko oszołomiona stała w bezruchu, a jedna, samotna łza spłynęła po rozpalonym policzku. Blondyn znowu się zbliżył, a ich czoła zetknęły się. Poczuł na ustach jej ciężki, gorący oddech. Zaśmiał się z niezwykłym rozczuleniem, po czym chwycił w dłonie twarz Alex i przyciągnął ją do siebie, skradający kolejny pocałunek.
- Tak cholernie za tobą tęskniłem! - wychrypiał rozemocjonowanym głosem, zachłannie wodząc opuszkami palców po ciepłej skórze. Łapczywie składał kolejne troskliwe pocałunki, nie mogąc nacieszyć się jej ponowną obecnością. Sycił się bliskością, zapachem, ciepłem, pragnąc zachować w pamięci każdą wspólną chwilę.
- Luke – powtórzyła nieśmiało, zsuwając drżące dłonie po jego napiętych ramionach. Odsunęła go delikatnie, dotykając policzka. Z błogim uśmiechem wsunęła palce w jego wilgotne włosy, rozbieganym wzrokiem lustrując go całego. Zupełnie jakby i ona nie mogła uwierzyć, że stał tam, tuż obok niej. Znowu. Wspięła się na palcach i sięgnęła jego ust, by złożyć na nich krótkie, ale niosące ze sobą niesamowite pokłady uczuć muśnięcie. Tak delikatne, jak dotknięcie skrzydeł motyla.
- To jest chyba jakiś sen – powiedział z rozbawieniem, kręcąc głową. Alex zaśmiała się, skrywając się w silnym objęciu jego ramion. Słyszała każde mocniejsze uderzenie jego serca, które biło teraz wyłącznie dla niej.
- To nie sen, Luke – odparła, wsuwając swoją niewielką dłoń w jego spragnione tego dotyku palce. Szczelnie zamknął ją w czułym uścisku. Uśmiechnął się kolejny raz na dźwięk własnego imienia, wypływający z jej ust.
- Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo cię kocham! - wyznał, całując jej skroń.
- Jak wariat? - zapytała z przekąsem, na co on zareagował tylko przeciągłym westchnieniem i mimo iż na niego nie spoglądała, była przekonana, że w tamtej chwili przewrócił oczami. Zadarła głowę i rozjaśnionymi radością oczami zerknęła na niego. Odgarnął kosmyk włosów z jej czoła i złożył na nim ciepły, pełen troski pocałunek. Przymknęła z rozkoszy powieki, sunąc ręką po jego plecach.
- Obiecałem, że cię znajdę. Znowu. I zawsze.
Alex zadrżała, wtulając się ponownie w niego. Chciała, aby to co właśnie się im przytrafiło już nigdy się nie skończyło. Aby trwali wiecznie.
- Odnalazłeś mnie – powtórzyła za nim zamyślonym głosem, mrucząc rozkosznie pod wpływem jego kojącego dotyku.
- A tak właściwie, to gdzie my jesteśmy? - zapytał niespodziewanie, zmuszając ją do tego, aby na chwilę powróciła z krainy sennych marzeń. Powoli uniosła głowę i rozejrzała się dookoła, po czym jej spojrzenie zatrzymało się na błękitnych oczach, wyczekujących jakiejś odpowiedzi. Uśmiechnęła się.
- Chyba w końcu udało nam się trafić do naszego świata – stwierdziła cicho.
- Który należy wyłącznie do nas – dodał, a jego usta kolejny raz złączyły się z jej w długim, namiętnym pocałunku.
- Na zawsze.








DZIĘKUJĘ. ZA WSZYSTKO. 

Są takie historie, które powinny zostać zapamiętane.


dzień, w którym sen kolejny raz przypomniał mu o niej
To była kolejna noc, podczas której przez sen wykrzykiwał szaleńczo jej imię. Zbudził się z potężnym łomotaniem serca, z trudem radząc sobie z ciężkim, duszącym oddechem. Ucisk w skroniach był na tyle mocny, że poczuł napływające do oczu łzy. Z całej siły uciskał głowę, próbując pozbyć się otępiającego bólu. Zlany zimnym potem, poczuł mrożący dreszcz na plecach, kiedy powiew wiatru owiał jego mokre ciało. Niechętnie spojrzał w kierunku wyjścia na balkon. W rozsuniętych drzwiach powiewała biała firana, unosząc się co chwilę w powietrzu, gdy chłodne podmuchy wpadały do środka. Zacisnął palce na wilgotnej pościeli, czując jak zaczynało brakować mu tchu. Bez wahania sięgnął po fiolkę z tabletkami, stojącą na szafce obok łóżka i wyspał kilka pigułek na dłoń, łykając wszystkie naraz. Nie zastanawiał się nad konsekwencjami tego pochopnego kroku, miał tylko nadzieję, że choć na chwilę ukoi to jego cierpienie.
- Trochę za tobą tęsknię, wiesz – powiedział na głos, uśmiechając się do siebie na samo wspomnienie ich wszystkich słownym przekomarzań. Wtulił się mocno w bluzę, którą kiedyś jej podarował. Przerażała go myśl, że ten zapach, który niegdyś był tak intensywny, zaczynał powoli ulatniać się, ale gdy tylko mocniej przycisnął materiał do twarzy, zdołał jeszcze wychwycić tę osobliwą woń, która była jego ostatnim ratunkiem. Gdy tylko szum w głowie, który go tak bardzo prześladował, wraz z działaniem tabletek zdawał się wyciszać, przymknął zmęczone powieki i znowu udało mu się zasnąć.

dzień, w którym chciał na chwilę zapomnieć
Z trudem utrzymywał się na nogach, natarczywie waląc pięścią w drzwi. Nie wiedział, jak znalazł się w tym miejscu, ale tak naprawdę nie obchodziło go to. Walczył cały czas z przeraźliwymi głosami, które rozsadzały jego głowę od środka, za wszelką cenę starając się je zagłuszyć. Nic jednak nie pomagało. Nagle w wejściu pojawił się Ashton, a światło z korytarza sprawiło, że poczuł niesamowicie silny ból, zakrywając odruchowo oczy dłonią.
- Jezu, Hemmings! - zawołał z przerażeniem, w ostatniej chwili złapał go i uratował tym samym przed bolesnym upadkiem, kiedy blondyn kolejny raz zachwiał się. Przerzucił jego rękę przez szyję i bez słowa zaprowadził do salonu. Rzucił bezwładne ciało przyjaciela na kanapę i wyszedł do kuchni, zostawiając go samego. Luke miał wrażenie, że cały pokój zaczął nieprzyjemnie wirować. Zrobiło mu się niedobrze, dlatego nie zastanawiając się zbyt długo ułożył się wygodnie na sofie, wtulając twarz w poduszkę.
- To wszystko moja wina – wybełkotał cicho, kiedy tylko dostrzegł wracającego do pokoju Irwina.
- Nie pieprz głupot, to był tylko nieszczęśliwy wypadek – odparł, wręczając mu kubek z jakimś napojem. Kiedy Luke usiadł i chwycił w dłonie ciepłe naczynie, znad którego unosiła się drażniąca zmysły para, poczuł jak wszystko wewnątrz ponownie przewróciło się. Zatkał usta dłonią, próbując powstrzymać odruch wymiotny. - Pij! - polecił ostro, widząc jego zawahanie.
- Ona wróciła się po jakąś głupią gitarę, rozumiesz to? Po jakąś pierdoloną gitarę! - podniósł zdenerwowany głos, ciskając szklanką prosto w ścianę. Szkło rozbiło się na małe kawałeczki, rozpryskując po całej podłodze. Równie zirytowany jego nagłym wybuchem Ashton podszedł do niego i ścisnął górę bawełnianej koszulki, przygważdżając go do oparcia kanapy. Z nieznaną dotąd wściekłością spojrzał na niego, oddychając zdecydowanie ciężej.
- Nie cofniesz czasu, więc albo weźmiesz się w garść, albo idź sobie niszczyć życie gdzie indziej, bo ja nie mam ochoty na to ponownie patrzeć! - warknął stanowczo, potrząsając nim raptownie. Zagubione spojrzenie Luke'a wydało się być w tamtej chwili jeszcze bardziej przerażone, bo chyba żaden z nich nie był gotowy na tak gwałtowną reakcję Ashtona. Z ogromnym poczuciem winy wypuścił go i opadł na kanapę tuż obok przyjaciela. Cisza utrzymywała się między nimi dłuższą chwilę, bo obaj bali się odezwać. W końcu blondyn poruszył się i pustym spojrzeniem zerknął w bok.
- Nawet się z nią nie pożegnałem, nie zdążyłem powiedzieć, że jest dla mnie wszystkim, że tak bardzo ją kocham – mruknął ze smutkiem, wbijając tępy wzrok przed siebie. Irwin nadal milczał. - A wiesz, jakie były moje ostatnie słowa? Kazałem jej się wynieść z mojego życia – dodał półszeptem, po czym rozpłakał się. Łzy spływały po jego zaczerwienionych policzkach, a on nie miał już siły z nimi walczyć.
- Jestem pewien, że ona to wszystko wiedziała, nie potrzebowała żadnych słów.
- A jeśli nie?
- Stary! Choć miałem do niej żal za to, co zrobiła, to jedno wiem na pewno, Alex kochała cię ponad własne życie. I tak naprawdę nie ratowała gitary, ona ratowała ciebie, ratowała was.

dzień, kiedy musiał pożegnać się ostatni raz
Stanął przed ogromnym lustrem w pokoju Alex i bez przekonania spojrzał na swoje wątłe, pozbawione jakiejkolwiek ochoty do życia odbicie. Wszystko wokoło przypominało mu o niej, a on miał wrażenie, że czas na krótką chwilę zawrócił. Gdzieś podświadomie miał nadzieję, że gdy tylko drzwi się otworzą, ona wpadnie do środka uśmiechnięta, wtulając się w jego ramiona. Rzeczywistość była jednak nieco odmienna, bo jej już nie było. Potrząsnął lekko głową i ponownie zerknął w stronę lustra. Poprawił marynarkę, pociągając mocniej rękawy. Wygładził wszystkie zagniecenia i podsunął krawat pod samą szyję. Uniósł niepewny wzrok na swoją przemęczoną twarz i opuścił bezradnie ramiona. Nie potrafił pogodzić się z tym, że właśnie dziś musiał pozwolić jej odejść na zawsze. Nagle poczuł jak niewielka rączka wsunęła się niespodziewanie w dłoń, zaciskając się wokół jego spoconych palców. Niespiesznie opuścił głowę i zerknął w dół. Obok stała Sussie, przytulając się do niego.
- Nie smuć się – powiedziała z delikatnym, dziecięcym uśmiechem, mocniej ściskając jego dłoń, jakby chciała dodać mu otuchy. - Ona bardzo cię kocha i teraz jest twoim aniołem.
Dziewczynka pociągnęła go mocniej za rękę i zmusiła do tego, by przy niej przykucnął. Luke wykonywał każdą czynność automatycznie, nie zastanawiając się nawet nad tym, co robił, dlatego bez oporu pochylił się do niej. Bez wahania, z typową dla siebie niewinnością i szczerością zarzuciła mu obie rączki na szyję, z całej siły ściskając go. Przez chwilę nie reagował, ale moment później i on przytulał do siebie małą.
- Musimy iść – Katie pojawiła się nagle w wejściu, wyciągając dłoń w kierunku Sussie, która niechętnie wypuściła Luke'a z objęcia i podbiegła do dziewczyny. Brunetka skinęła nieznacznie głowę w jego stronę, zachęcając go do tego, aby i on do nich dołączył.

- Luke! - doszedł go czyjś podenerwowany, karcący głos, a nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jego pleców. Nagle zorientował się, że stał w tłumie ludzi, których praktycznie nie znał, wszyscy wydawali się tacy obcy. Nie był świadom tego jakim sposobem dotarł na cmentarz, ale kiedy otrząsnął się, stał niebezpiecznie blisko krawędzi, odczuwając przenikliwy ból w ramieniu. Nieprzytomnym wzrokiem spojrzał za siebie, dostrzegając Ashtona wbijającego palce w jego bark. Irwin kiwnął niespokojnie głową, wskazując na jego dłoń. Blondyn dopiero w tamtej chwili zdał sobie sprawę, że przez cały ten czas uporczywie ściskał w dłoni łodygę białej róży, a ostry kolec przebijał napiętą skórę. Strużka krwi skapywała po nadgarstku, tworząc na mankiecie białej koszuli nieestetyczne plamy. Wzruszył jedynie ramionami i kompletnie zlekceważył towarzyszący temu ból. Był on i tak niczym w porównaniu z pustką, którą odczuwał po jej odejściu. Zadarł głowę, spoglądając w przejrzyście czyste niebo. Zamknął oczy, wypuszczając z niemym świstem nagromadzone w płucach powietrze. Poruszył nerwowo ustami, jakby chciał coś powiedzieć, wykrzyczeć swój ból i żal, ale wszelkie dźwięki grzęzły mu w gardle. Rozpacz była na tyle silna, że blokowała każdy ruch. Gdy jedna samotna łza spłynęła po rozpalonym policzku, otarł ją pospiesznie, by nikt przypadkiem jej nie zauważył.
Ogólne poruszenie wśród zgromadzonych tam ludzi, zmusiło go do opornego podniesienia przemęczonych powiek. Oczy zatrzymały się na dębowej trumnie, która powoli osuwała się w dół. Słońce odbijało się od lśniącej pokrywy, rażąc niemiłosiernie, a dźwięk ocieranych sznurów zdawał się rozdzierać jego głowę od wewnątrz. Nie mógł tego znieść. Dłońmi ucisnął mocno skronie, tracąc poczucie równowagi. Zachwiał się i z ogromnym hukiem opadł na ziemię. Podparł się rękami, a przeraźliwy ból wywołanym uderzeniem rozprzestrzenił się po każdej najmniejszej komórce jego ciała. Był bezradny i nie potrafił dłużej walczyć, by przeciwstawić się fali słabości. Łzy od razu zaczęły skapywać na trawę, zamazując całkowicie obraz. Poddał się w momencie, gdy biała róża wysunęła się z poranionej dłoni, spadając bezgłośnie w rozkopany dół.
Całkowicie oderwany od rzeczywistości, pogrążony w przeogromnym smutku nie zauważył, jak ktoś odpalił niewielką świeczkę. Dopiero kiedy poczuł przykry zapach dymu, zadrżał. Wszystkie koszmarne wspomnienia powróciły do niego natychmiast, powodując nieprzyjemny ucisk w żołądku. Dość gwałtownie zerwał się z ziemi i z przesłoniętymi ustami przepchał się między ludźmi, wybiegając z otaczającego go tłumu. Zatrzymał się dopiero przy betonowym ogrodzeniu z dala od wszystkich. Opierając dłonie o raniące skórę szczeble płotu, pochylił się i zwymiotował. Był świadomy tego, że tuż za nim pojawił się ktoś, podtrzymując go za ramiona. Może to był Ashton, może Calum, a może ktoś zupełnie obcy, ale w tamtej chwili nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia.
Bezpowrotnie stracił kolejną cząstkę duszy.


dzień, w którym wszystko się zakończyło
To nie było tak, że stracił ją w chwili, kiedy ostatni raz zabiło jej serce, ani w momencie, gdy zasypywano trumnę z ciałem. Nie, on tracił ją każdego kolejnego dnia po kawałku. Codziennie tęsknota za nią wyrywała następny mały fragment jego duszy, powodując przeogromny ból, z którym sobie nie radził. Najpierw wywietrzał zapach jej perfum, którymi przesiąknięta była poduszka, ubrania, powietrze. Później nie potrafił przypomnieć sobie tonu jej głosu, kiedy zdenerwowana wykrzykiwała jego imię, nie szczędząc sobie przy tym niemiłych epitetów, albo tego, czy słodziła kawę jedną, a może dwiema łyżeczkami cukru, a może nie słodziła w ogóle. Każdy taki zamglony szczegół sprawiał, że cierpienie za utraconą na zawsze obecnością nasilało się do granic możliwości. Nie potrafił bez niej żyć, bo wszystko wokoło wydawało się być pozbawione jakiegokolwiek sensu. Stał się kompletnym wrakiem człowieka, nie jadł, przestał wychodzić z domu, z nikim nie rozmawiał. Drastycznie schudł, cienie pod oczami z każdym dniem stawały się coraz większe, a zapadnięte policzki dopełniały tylko ten żałosny obraz. Skóra przybrała odcień szarości, a pozbawione blasku włosy opadły na czoło. Nie widział powodu, dla którego miałby nadal walczyć o swoje nędzne życie. Każda próba zaczerpnięcia powietrza była niekończącą się udręką, z którą coraz trudnej przychodziło mu sobie radzić. Wizja kolejnego nadchodzącego dnia pełnego bólu i tęsknoty powodowała, że robiło mu się niedobrze.
Tego poranka Luke się już nie obudził, odchodząc po cichu, samotnie. Nie pasował do świata, w którym nie mógł usłyszeć jej denerwującego śmiechu, zobaczyć tego błysku w oczach, kiedy na niego zerkała, zachwycać się jej pasją do tworzenia, a nawet znosić ciągłego narzekania i udawanych złości.
Musiał spełnić obietnicę, którą złożył.
I dotrzymał danego słowa, bo ponownie udało mu się ją odnaleźć. Tym razem już na zawsze. W świecie, który należał wyłącznie do nich.


I BAJKA DOBIEGŁA KOŃCA.

Końca, który stał się początkiem wieczności.










*****************


Panującą ciszę przerywa kliknięcie informujące o poprawnie zapisanym pliku i stłumiony brzęk zamykanej pokrywy laptopa. Oddycham z ulgą, spoglądając rozmarzonym wzrokiem w niebo. Od dwóch godzin siedzę na tej samej ławce, na której spędziłam ostatnie miesiące mojego życia. I z dumą mogę otwarcie przyznać – udało mi się. W końcu po wielu trudach, po kolejnych napotykanych przeszkodach, przeciwieństwach losu, milionie pytań bez odpowiedzi kończę coś, co zrobić musiałam. Czuję nagle na twarzy powiew ciepłego wiatru, który delikatnie rozwiewa moje włosy. Z rozrzewnieniem spoglądam w stronę znajdujących się przede mną dwóch grobów. Jeden jej, drugi jego. Między pomnikami rosną dwie białe róże. Nie wiem jak można to racjonalnie wytłumaczyć, ale oba kwiaty nachylają się ku sobie, a delikatne płatki muskają się, ani na moment nie odrywając się od siebie. Ten widok nieustannie za każdym razem rozczula mnie tak samo mocno.
Niespodziewane trzaśnięcie cmentarnej bramy wyrywa mnie na moment z zamyślenia. Widzę na ścieżce podążających w moją stronę trzech mężczyzn. Niosą ze sobą gitarę. Tak, gitarę. Mimo upływu lat oni wciąż pamiętają i czasami udaje nam się spotkać tutaj wspólnie i razem pograć dla nich. Z nimi.

Zapytacie mnie kim jestem. Nazywam się Sussane, choć wolę kiedy ludzie zwracają się do mnie Sussie. Mam dwadzieścia lat i właśnie zakończyłam moją pierwszą powieść. Ich historię.
Zapytacie również po co to zrobiłam, bo przecież oni byli tacy banalni, do znudzenia przeciętni, a to co im się przydarzyło zdarza się co chwilę w każdym zakątku świata. I odpowiedź możecie znaleźć we własnych zarzutach. Właśnie dlatego, że byli tacy niezwykle zwykli i do granic możliwości przewidywalni postanowiłam podzielić się z wami ich historią, bo przytrafić mogła się każdemu z was. I nie wiem czy jesteście tego świadomi, ale ta bajka wydarzyła się naprawdę. Księżniczka poznała księcia i pokochała go miłością wielką i bezgraniczną. Z pełną i bezwarunkową wzajemnością. I nawet jeśli nie było typowego: żyli długo i szczęśliwie, to zdecydowanie warto na moment zatrzymać się, by choć przez chwilę spojrzeć na nich. Ponieważ oni istnieli i bardzo możliwe, że mogliście ich gdzieś w swoim życiu minąć, przez ułamek sekundy widzieć na ulicy, w parku, w metrze. Mogliście ich nawet osobiście znać, nie zdając sobie z tego kompletnie sprawy.
A wiecie dlaczego teraz się uśmiecham? Bo dzięki tym zapisanym słowom oni już na zawsze pozostaną między nami i nic, ani nikt nie będzie w stanie zniszczyć ich uczucia. Do końca świata – tego naszego i tego, który istnieje również po nim – miłość, która między nimi się narodziła będzie wiecznie trwać. I oni, tak idealnie nieidealni, nigdy nie odejdą.


KONIEC











xoxo
Alice
/ostatni już raz/

2.22. I nawet w bajkach każda magia miała swoją cenę. (cz.II)


Kiedy nadeszła noc i zrobiło się już ciemno, a Luke powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, co kilka godzin temu wydarzyło się, postanowił wrócić do mieszkania. Niechętnie podniósł się z parkowej ławki, na której spędził pół dnia, nie zważając na panujący na zewnątrz przeszywający chłód. Zima powoli opuszczała już Nowy Jork, ale mimo to pogoda wciąż nie była odpowiednia na tak długie wyjścia. On jednak zdawał się zupełnie tym nie przejmować, traktując dokuczliwe zimno jako pewnego rodzaju karę.
W pewnej chwili zatrzymał się przed jeszcze otwartą kwiaciarnią, dostrzegając przy szybie niewielki bukiet z maleńkich, białych róż. Nie wiedział dlaczego, ale momentalnie pomyślał o Alex, a prawie niezauważalny uśmiech przemknął przez zaczerwienioną z zimna twarz. Bez wahania wszedł do środka i postanowił kupić wcześniej zauważone kwiaty.
- Dla kogoś szczególnego? - zapytał sprzedawca, uśmiechnięty staruszek, który owijał małą wiązankę w przezroczystą, szeleszczącą folię. Luke uniósł niespiesznie wzrok, przyglądając się mężczyźnie z uwagą. Nagle i on się uśmiechnął.
- Tak – potwierdził z pewnego rodzaju rozmarzeniem w głosie, a sama myśl o dziewczynie sprawiła, że poczuł przyjemne ciepło rozlewające się po wnętrzu.
- To dość niespotykane, bo zazwyczaj ludzie wybierają czerwone róże – ocenił z zadumą właściciel.
- No właśnie, wszyscy wybierają czerwone, ale to nie jest zwyczajna osoba, to taki mój anioł, ktoś wyjątkowy, a tacy zasługują na wyjątkowe kwiaty, prawda? - odparł radośnie, odbierając od niego pakunek. Zapłacił i ogarnięty przedziwną lekkością ruszył w stronę wyjścia.
- Proszę w takim razie jej pilnować, bo czasami nawet anioły potrzebują naszej pomocy – staruszek zawołał za nim na pożegnanie, a Luke odwrócił się tylko za siebie, posyłając mu pełne wdzięczności spojrzenie, po czym opuścił kwiaciarnię. Naciągnął kaptur na głowę, przyspieszył kroku, nie mogąc się już doczekać ponownego spotkania z nią. Kątem oka cały czas zerkał na trzymany w dłoni bukiecik i choć zdawał sobie sprawę, że kilka kwiatków nie było w stanie zmazać jego win, to gdzieś podświadomie czuł, że od teraz wszystko mogło być już tylko lepiej. Był gotowy na to, aby kolejny raz stawić czoła chorobie, wrócić na terapię, wyzdrowieć. Dla niej. Nie chciał, by to, co się wydarzyło mijającego dnia, powtórzyło się kiedykolwiek. Miał dla kogo walczyć, miał dla kogo żyć i nie mógł kolejny raz tego wszystkiego zepsuć.
Był już prawie na miejscu, kiedy doszły go niepokojące odgłosy zjeżdżających się z każdej strony wozów strażackich, policji, pogotowia. Początkowo nie wiedział, czemu to wszystko służyło i co tak naprawdę się wydarzyło, ale kiedy tylko skręcił w uliczkę prowadzącą do budynku, w którym znajdowało się jego mieszkanie, zaczął powoli wszystko rozumieć. Tłum gapiów gromadził się przy okalającej cały plac przed blokiem taśmie. Zmarszczył lekko czoło w geście kompletnego niezrozumienia i podszedł bliżej. Dopiero gdy uniósł głowę, poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku, a obraz przed oczami momentalnie pociemniał. Z okien najwyższej kondygnacji wydobywał się gęsty dym i żarzące się w ciemności płomienie. Bez zastanowienia przepchał się do przodu i nie zważając na nawoływania jednego z policjantów, przedostał się na zagrodzony teren, biegnąc w kierunku wejścia do klatki. Był już kilka kroków od celu, gdy poczuł dość bolesne szarpnięcie w łokciu. Zaczął się wyrywać, ale trzymający go strażak zdawał się być silniejszy.
- Nie możesz tam wejść, zwariowałeś?! - krzyknął, odciągając go na bok. Luke nie zamierzał potulnie współpracować, ciągle szarpiąc się z mężczyzną.
- Tam jest moja Alex, ja muszę tam wejść! - zaczął się wydzierać, wskazując ręką na buchający z ostatniego piętra ogień. Miał tylko jedną myśl, aby ją uratować. Nic innego nie miało w tamtej chwili znaczenia. Zaczął jednak kaszleć, kiedy drażniące opary dostały się do gardła. Odruchowo zasłonił usta dłonią, ale nawet to nie pomogło. Z trudem oddychał, dławiąc się ostrym dymem, którego intensywność sprawiała, że jego oczy momentalnie zaczerwieniły się. Temperatura powietrza już dawno spadła poniżej zera, a on mimo to odczuwał niesamowite ciepło, powodujące niewielkie rumieńce na przejętej twarzy.
- Wszystkie ofiary przewiezione zostały do szpitala – wyjaśnił mu ktoś inny, próbując przedrzeć się przez zagłuszające wycie syren i ożywiony gwar tłumnie zgromadzonych obserwatorów. Szarpnął go kolejny raz, przeciągając za taśmę bezpieczeństwa.
I nikt nie zauważył wypadającego z dłoni bukietu małych, białych róż, który prawie bezgłośnie upadł na chodnik, po chwili całkowicie rozdeptany przez biegających w pośpiechu ratowników.

*


Był spokojny. Być może zbyt spokojny, bez mrugnięcia wpatrując się w jeden punkt przed sobą. Siedział na krześle w szpitalnym korytarzu, oczekując na lekarza. Kołysał się delikatnie w przód i w tył, a w myślach odliczał upływające niepokojąco powolnie sekundy. Nie był już nawet pewien tego, jak się tam dostał, ale i tak w tamtej chwili ten fakt z jego życia wydawał się być kompletnie nieistotny. Nie reagował na przechadzających się przed jego oczami pacjentów, czy pielęgniarki, które albo oferowały wodę, koce, tabletki uspokajające, albo też obdarzały go jedynie litościwym spojrzeniem, wracając do swoich obowiązków. On jednak niczego nie potrzebował. Niczego poza Alex.
- W izbie przyjęć powiedziano mi, że tutaj cię znajdę – obcy, męski głos rozległ się tuż obok, sprawiając że blondyn z ogromną niechęcią oderwał wzrok od ściany i zadarł lekko głowę, spoglądając bez wyrazu na nieznajomego. - Luke, prawda? - dopytał, ściągając z głowy kask. Chłopak zmierzył go osądzającym wzrokiem i bez przekonania skinął głową. - Jestem Tom, to ja wyniosłem ją z budynku …
- I co? Przyszedłeś się tym pochwalić? Czy może liczysz na jakieś brawa i odznaki? - warknął kpiąco, a jego twarz przeszył złośliwy grymas. Mężczyzna zdawał się jednak nie przejmować jego bezpodstawnymi oskarżeniami, zupełnie jakby był na nie przygotowany. Westchnął tylko z bezradnością i wręczył mu tak dobrze znany futerał, który z jednej strony był całkowicie zwęglony. Zapach spalenizny sprawił, że Luke'owi zrobiło się niedobrze. Nerwowo przełknął ślinę, chwytając gitarę w ręce.
- Prawdopodobnie wróciła się właśnie po to, bo gdy ją znalazłem, przyciskała go mocno do siebie. I za wszelką cenę walczyła, by i to uratować – zrobił krótką pauzę, widząc że blondyn chyba zupełnie przestał już zwracać uwagę na to, co do niego mówił, skupiając się wyłącznie na zniszczonym instrumencie. Przysiadł się obok niego, rozpinając zamek służbowej kurtki.
- A gdyby się nie wróciła? - zapytał nagle, jego głos brzmiał jakoś obco. Przekręcił głowę i popatrzył nieprzytomnie na zmęczoną i wciąż osmoloną twarz strażaka.
- Nie zadawaj sobie takich pytań, one nic nie zmienią – poradził, niepewnie dotykając jego ramienia i pokrzepiająco go poklepał. To jednak wcale mu nie pomogło, bo nie mógł znieść myśli, że przez jego głupią gitarę walczyła teraz o życie. Z całej siły zacisnął palce na skórzanym obiciu, czując jak spod zagryzionej wargi zaczyna sączyć się krew. Zamknął oczy, opuszczając głowę.
- Moja Alex, moja Alex, moja Alex – powtarzał jak w transie, bujając się na boki. Kompletnie nie zwracał uwagi na to, że obok niego wciąż znajdował się mężczyzna, który z ogromnym żalem i smutkiem przyglądał się mu w milczeniu.
- Wiesz, mimo wszystko jesteś ogromnym szczęściarzem, bo trafił ci się najprawdziwszy anioł – odezwał się w końcu, zyskując na nową uwagę Hemmingsa. - Zanim straciła całkowicie przytomność, cały czas powtarzała twoje imię, a na sam koniec chyba już nie całkiem świadomie wyznała, że cię kocha – dodał z delikatnym uśmiechem. Luke przez dłuższą chwilę obserwował go, nie potrafiąc się odezwać. Jego pozbawiony wyrazu wzrok śledził zaniepokojoną twarz Toma, ale nie był w stanie wydobyć się z siebie nawet krótkiego dźwięku. To wszystko działo się zbyt szybko, a jego umysł nie potrafił znieść natłoku myśli.
Gdy tylko klamka w drzwiach sali, w której leżała dziewczyna drgnęła, poderwał się na równe nogi i podbiegł do wychodzącego z niej doktora, całkowicie zapomniał o swoim wcześniejszym towarzyszu. Rzucił się na niego dość niespodziewanie, chwytając raptownie poły jego białego fartucha.
- Co z nią?! - wykrzyknął, nie zważając na to, że był środek nocy. Potrząsnął nim stanowczo, kiedy ten próbował go uspokoić.
- Nie będę niczego przed panem ukrywał – zaczął z pewnego rodzaju niepewnością, dostrzegając roztrzęsionego blondyna, ale kiedy tylko ten skinął głową, zdecydował się kontynuować. - Poza widocznymi obrażeniami zewnętrznymi doszło do poważnego oparzenia i obrzęku dróg oddechowych, co przyczyniło się do ostrej niewydolności oddechowej. Nie jest w stanie oddychać samodzielnie. Podaliśmy kolejną, podwójną dawkę morfiny, by uśmierzyć ból. Ta noc jest decydująca, ale szanse są niewielkie – mówił dalej, ale Luke przestał go już słuchać, cały czas zerkając przez jego ramię na leżącą w sali dziewczynę. Nerwowo zagryzał usta, przestępując z nogi na nogę. W pewnej chwili zorientował się, że lekarz zamilkł i wpatrywał się w niego uważnie. Potrząsnął więc głową i biorąc głębszy oddech, spojrzał na mężczyznę.
- Muszę tam wejść – oznajmił stanowczo, wyczekując reakcji doktora. Ten opuścił bezradnie ramiona i zrobił krok w bok, schodząc mu z drogi.
- Uprzedzam pana tylko, że ona jest całkowicie odurzona lekami, nie jest już niczego świadoma i prawdopodobnie jest nieczuła na jakiekolwiek bodźce – ostrzegł go, nie chcąc chyba rozbudzać w nim zbyt wielkich nadziei. Zniżył wzrok, spoglądając na ściskającą jego ramię rękę.
- Nie rozumiem – Luke kolejny raz pokręcił głową, wyrywając dłoń. Zmarszczył czoło i popatrzył na niego gniewnie.
- Ona odchodzi – dodał ciszej, a Hemmings przez niedługą chwilę wpatrywał się w niego bez słowa. Moment później odwrócił się gwałtownie i ignorując wszystko to, co przed chwilą usłyszał, ruszył chwiejnym krokiem w stronę łóżka Alex.
Kiedy tylko ją zobaczył, coś w nim nieodwracalnie pękło. Z głuchym łoskotem upadł na ziemię, uderzając z pełnym impetem kolanami o twardą powierzchnię. Ból fizyczny jaki temu towarzyszył był jednak niczym w porównaniu z tym, jak ogromne cierpienie zawładnęło jego psychiką. Jedna krótka chwila sprawiła, że rozsypał się kompletnie, tracąc wszystko, co wydawało mu się istotne w jego marnym życiu. Opuścił głowę, nie mogąc dłużej spoglądać w kierunku dziewczyny. Była nieprzytomna, ale wyraz jej poparzonej twarzy wyrażał cały ból, któremu musiała stawiać czoła. Jej długie, jasne, zawsze lśniące włosy teraz były zupełnie ścięte i przybrały smutny odcień szarości. Całe oparzone ciało owinięte było chłodzącymi opatrunkami, spomiędzy których wystawały poprzyczepiane kabelki. Była podłączona do respiratora, dlatego doskonale słyszał każde słabiutkie uderzenia jej serca, ale im dłużej się w nie wsłuchiwał, tym cichsze mu się wydawały. Musiał szybko skupić uwagę na czymś innym, dlatego czym prędzej chwycił jej dłoń i przycisnął drżące, mokre od łez usta do poranionej skóry. Jej obecność, możliwość choćby krótkiego dotknięcia sprawiły, że cały wcześniejszy strach zaczął się wycofywać. Pikanie zawieszonej nad łóżkiem maszyny zdecydowanie przyspieszyło na niedługi moment, gdy ich palce złączyły się. Uniósł głowę i przecierając rękawem twarz, popatrzył ponownie na nią. Odetchnął głęboko i delikatnie, tak by przypadkiem nie zrobić jej krzywdy opuszkami palców przesunął po jej policzku. Był ciepły i lekko chropowaty.
- Moja mała, śliczna księżniczka – szepnął i pochylił nieznacznie głowę w bok, niepokojąco opanowanym spojrzeniem obserwując blondynkę. Zupełnie niespodziewanie zaczął zachowywać się tak, jakby ona tylko spała i za chwilę pełna energii miała wstać i na nowo zadziwiać świat. Niedawne spazmatyczne napady rozpaczy przemieniły się w pełen bólu pozorny spokój i ciszę. Zaczął coś niemrawo nucić, gładząc kciukiem wewnętrzną stronę jej dłoni. Powoli kołysał się na boki i co jakiś czas odgarniał resztki włosów z jej czoła. Aparatura zapiszczała złowrogo, ale gdy tylko zerknął w stronę migającego monitorka, wirujące po nim kreski wydawały się wolno, ale nadal miarowo wybijać rytm jej osłabionego serca. Skierował oczy na Alex, po czym mocniej zacisnął palce wokół bezwładnej ręki, która cały czas uporczywie wysuwała się z uścisku.
Nie mógł myśleć o tym, co się wydarzyło. Nie próbował nawet tego zrozumieć, bo wiedział, że skończyłoby się to tragicznie. Dlatego czynił wszystko co w jego mocy, aby umysł opanowały wyłącznie dobre wspomnienia, wspólne chwile, ukradkiem skradzione pocałunki, pełne emocji wymiany spojrzeń, przyprawiające o dreszcze zetknięcia ciał, cicho szeptane wyznania i przyrzeczenia.
- Znajdę cię kiedyś, nawet tam po drugiej stronie – obiecał z ogromną pewnością w głosie i delikatnie podnosząc się, złożył czuły pocałunek na ustach dziewczyny. I w tej samej chwili rozległo się ostatnie uderzenie jej serca, po którym nastąpiła okrutnie długa cisza, rozrywająca go od środka na małe kawałeczki. Kolejny raz z bezwładnie upadł na podłogę, tracąc na moment świadomość.
I tak właśnie skończył się jego świat. Nie ogromnym hukiem, ale ostatnim cichym oddechem i bezgłośnie wysuwającą się dłonią ze słabnącego objęcia. Nocną ciszę przerywał bezlitosny pisk maszyny, który zagłuszył przepełnione bólem ciche kwilenie i spływającą po policzku samotną łzę, która opadła na jej nieruchomo spoczywającą rękę.
Odeszła na zawsze bez pożegnania, bezpowrotnie zabierając ze sobą cały sens jego życia. Bo najwyraźniej ten świat nie był ich.











xoxo

Alice

2.22. I nawet w bajkach każda magia miała swoją cenę. (cz.I)


Zagryzła rozgorączkowana usta, kiedy tylko poczuła jak znajdujący się w kieszeni żakietu telefon zaczął uciążliwie wibrować. Rozejrzała się z wymuszonym uśmiechem po zgromadzonych w sali konferencyjnej ludziach, próbując zignorować rozpraszające brzęczenie. Miała cichą nadzieję, że po kilku kolejnych sygnałach niecierpliwa osoba, która tak usilnie starała się z nią skontaktować, w końcu sobie odpuści, ale połączenie wciąż trwało. Z lekko zawstydzonym spojrzeniem przeprosiła wszystkich i wybiegła na zewnątrz.
- Luke? - wyszeptała, konspiracyjnie zakrywając dłonią usta, jakby bała się, że ktoś mógł ją podsłuchiwać. - Mam teraz bardzo ważne spotkanie, oddzwonię pó …
- Alex, możesz przyjechać? - przerwał jej momentalnie, a jego zachrypnięty, ściszony głos nie zwiastował niczego dobrego. - Błagam.
- Będę za dwie godziny w domu – odparła, spoglądając na zegarek, który wisiał w holu nad recepcją.
- To za późno – mruknął niewyraźnie, a w słuchawce rozległ się dziwny dźwięk, jakby coś na siłę próbował przełknąć.
- Nie mogę teraz wyjść. Co się dzieje? - zapytała z rozdrażnieniem, mocniej zaciskając palce na telefonie. Była trochę zła, bo przecież on doskonale wiedział o tym, jak wielkie znaczenie dla niej miało to zebranie.
- Nie wiem, przyjedziesz? - dopytywał wciąż, z pewną ignorancją podchodząc do tego, co starała mu się przekazać. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że od samego początku jego głos nie brzmiał normalnie. Był czymś wyraźnie przerażony. - Mówiłaś, że zawsze mogę do ciebie zadzwonić – dodał, a ona poczuła nieprzyjemny, zimny dreszcz na plecach.
Od pewnego czasu jego stan zdawał się wracać do normy, pozwalając jej na chwilę zapomnieć o tym, że miewał problemy. Wszystko wydawało się układać, dlatego zwiększona troska o jego zdrowie odeszła na drugi plan. Miała nadzieję, że powoli udawało mu się odzyskać kontrolę nad własnym życiem, zapominając o tym, co działo się w przeszłości. Kilka chwil złudnego szczęścia dało jej poczucie stabilności i poczucia bezpieczeństwa, sprawiając że całkowicie zbagatelizowała to, że mimo stwarzanych pozorów równowagi on wciąż walczył z poważną chorobą. Zaślepiona jego dobrym humorem zatraciła się w tym fałszywym obrazku. Powinna przecież wiedzieć, że wystarczyła chwila nieuwagi, aby cały ten sielski nastrój runął jak domek z kart na wietrze.
- Gdzie jesteś? - spytała.
- Alex, przyjedź – powtórzył, kolejny raz nie reagując na jej słowa. Nagle w słuchawce rozległ się niegłośny brzęk, gdy coś upadło na podłogę i rozsypało się. Luke zaklął pod nosem, a ona ze strachem otworzyła szerzej oczy i tracąc już kontrolę nad własnym oddechem, zaczęła biec w stronę wyjścia. Po drodze zostawiła tylko w recepcji informację, że pilnie musi wyjść i przestała już dbać o to, co mieli pomyśleć o niej czekający w sali ludzie.
- Jesteś tam? - zapytała zdyszana, wbiegając na parking. Nerwowo zaczęła przeszukiwać torebkę, by odnaleźć klucze do samochodu, ale z każdą mijającą sekundą jej poirytowanie wzrastało, uniemożliwiając odszukanie zguby. W końcu wyrzuciła całą zawartość na chodnik, wciąż wyczekując na odpowiedź chłopaka, która po kilku nawoływaniach nie nadchodziła. Cisza po drugiej stronie stawała się coraz bardziej złowieszcza. Zrobiło jej się niedobrze, a lekki zawrót głowy sprawił, że na moment usiadła na krawężniku, pochylając się do przodu. Wzięła kilka głębszych oddechów, uciskając z całej siły pulsujące z bólu skronie.
- Naprawdę nie chciałem tego robić – zaczął się jąkać, a ona miała wrażenie, że rozmawiała z kimś zupełnie obcym, nie rozpoznając już nawet jego słabnącego głosu. - Ale było mi tak źle, nie chciałem się tak czuć – dodał jeszcze ciszej, brzmiąc jak mały, zagubiony chłopiec, który próbował się tłumaczyć ze swojego złego uczynku.
- Musisz mi obiecać, że do mojego przyjazdu już niczego nie weźmiesz, rozumiesz? - poprosiła błagalnie, a jej drżący głos zdradzał cały strach i przerażenie, jakie w niej drzemały. Nie potrafiła już nad tym panować. Jakiś podstępny, szepczący głosik w jej głowie powodował, że odczuwała coraz silniejszy ucisk w brzuchu. - Luke, słyszysz mnie? - ponowiła pytanie, kiedy kolejny raz nie raczył odpowiedzieć. Słyszała jednak jego ciężki oddech.
- Ale to w ogóle mi nie pomaga.
- Zaraz będę, po prostu obiecaj mi, że nigdzie nie będziesz się ruszał, dobrze?
- Dobrze – odpowiedział bez przekonania, po czym w słuchawce rozległ się brzęk rozbijanego szkła, a później dało się tylko słyszeć uciążliwy sygnał rozłączanego połączenia. Bez namysłu chwyciła odnalezione kluczyki i wsiadła do samochodu, w pośpiechu kierując się do jego mieszkania. Starała się w ogóle nie myśleć, skupiając całą uwagę wyłącznie na drodze, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że tym razem wszystko miało być inaczej. Że tym razem to było coś poważnego, z czym nie umiała walczyć, czego nie potrafiła okiełznać, a co nie do końca świadomie niszczyło także i ją.

*

Wpadła do mieszkania, trzaskając niezamierzenie drzwiami. Pierwszą rzeczą jaka rzuciła jej się w oczy była stojąca w rogu komoda z pootwieranymi szufladami i rozrzuconymi po panelach zmiętymi kartkami. Po drugiej stronie, obok fragmentów roztrzaskanego lustra dostrzegła jego gitarę z naderwanymi strunami i połamanym gryfem. Nie była nawet świadoma tego, że w tym samym momencie wstrzymała oddech, zamierając w totalnym osłupieniu. Kolana się pod nią ugięły i to był właśnie ten moment, w którym jej wcześniejsze znikome opanowanie przestało istnieć. Jedna, niewielka łza potoczyła się po policzku, będąc jedynie preludium do tego, co miało wydarzyć się później.
Odrzucając torebkę na ziemię w przedpokoju, wbiegła do środka, z szaleńczo bijącym sercem nawołując Luke'a. Odpowiadała jej jednak wyłącznie niczym niemącona cisza. Podniosła głos, ale nawet to na niewiele się zdało, bo echo jej słów odbijało się od ceglastych murów. Zaglądała do każdego pomieszczenia, ale dopiero na samym końcu, w niewielkiej łazience dostrzegła skulonego pod ścianą blondyna. Na głowę schowaną między kolanami naciągnięty miał kaptur czarnej bluzy. Z pewnego rodzaju ulgą wypuściła powietrze, opuszczając bezradnie ramiona. Zrzuciła z siebie kurtkę i podeszła do niego, przykucając tuż obok. Na brzegu wanny dostrzegła otwartą fiolkę z tabletkami, a pod kaloryfer wturlała się pusta butelka po wódce. Alex z przerażeniem rozejrzała się dookoła, a jasne oczy ponownie zalśniły łzami. Kiedy tylko jej ręka spoczęła na ramieniu blondyna, drgnął nieznacznie, unosząc głowę. Jego pełne lęku, zagubione spojrzenie uważnie ją obserwowało. Zsiniałe usta drżały niespokojnie, a oddech wydawał się być wyjątkowo ciężki i nierówny.
- Już dobrze, jestem tutaj – powiedziała uspokajającym tonem, chwytając w dłonie twarz chłopaka. Zsunęła kaptur, gdy opuszki drugiej ręki zaczęły delikatnie gładzić jego policzek. Błękitne dotąd tęczówki wydawały się lekko poszarzałe, a oklapnięte włosy kleiły się do spoconego czoła. Był rozpalony, a jego nieobecny wzrok gorączkowo zataczał kółka, beznamiętnie rozglądając się na boki. - Luke, powiedz coś! - poprosiła błagalnie z ogromną bezradnością w roztrzęsionym głosie, potrząsając stanowczo całym jego bezwładnym ciałem, jakby to miało w czymś pomóc. On jednak wciąż pozostawał niewzruszony, lawirując w swoim własnym świecie, do którego nikt nie miał dostępu. Nachyliła się i złożyła czuły pocałunek na zimnych ustach, a słone łzy nadal z niesamowitą intensywnością spływały po jej rumianej twarzy.
Nic to jednak nie dało.
Pogłębiła to niedługie zbliżenie, ale skutek okazał się być równie znikomy jak poprzednim razem. Nie reagował, a jego pozbawione blasku oczy wbite były w jakiś nieokreślony punkt, całkowicie ignorując jej obecność.
- Nie mogę już dłużej patrzeć na to co ze sobą robisz – odparła po chwili, dławiąc się własnymi łzami. Opuściła nieporadnie ręce, które swobodnie zsunęły się na jej kolana. Nie miała już siły, by z nim walczyć.
- To nie patrz – odezwał się wreszcie, powodując że ze strachu aż podskoczyła, momentalnie na niego spoglądając. - Nikt nie każe ci tutaj siedzieć.
Zacisnęła mocniej usta, a kilka kolejnych krople potoczyło się po policzku. Wydawało jej się, że patrzy na kompletnie obcego faceta, nie potrafiąc znaleźć nawet małej cząstki jej dawnego Luke'a. Nie był sobą, a to przerażało ją najbardziej. Była gotowa mu pomóc, poświęciłaby dla niego wszystko, ale w tamtej chwili wiedziała, że on tej pomocy nie chciał. Mrożący wzrok chłopaka sprawił, że znowu poczuła lodowaty dreszcz na plecach, odruchowo kuląc się w obronnym geście.
- Wiem, że gdzieś tam głęboko wciąż jest ten prawdziwy Luke – wyszeptała cicho, a on niespodziewanie wpadł w szaleńczy śmiech. Zaczęła się bać jeszcze bardziej, choć podświadomie czuła, że przecież nie mógł zrobić jej krzywdy. Nie on.
- To jest prawdziwy Luke – odpowiedział głośno, rozkładając szeroko ręce i zaprezentował się w całej okazałości. - Luke wariat.
- Nie mów tak – wysapała, kolejny raz czując, jak traci oddech. - To nie prawda. Jeszcze wszystko może być normalnie. Musimy tylko spróbować.
- Normalnie? - wychwycił przypadkowe słowo, a ona w tym samym momencie zdała sobie sprawę z tego, jak wielki błąd popełniła. - Chcesz normalnego życie, to wracaj sobie do swojego ukochanego Chrisa – warknął tonem, który pełen był jadu i złośliwości.
- Chcę ci pomóc.
- Więc idź sobie stąd – polecił, a ona czuła, że jego zachowanie było jedynie wynikiem działania alkoholu i leków, bo przecież jej Luke był inny. Załkała ponownie, ocierając wierzchem dłoni twarz, gdy obraz przed oczami stawał się coraz bardziej niewyraźny. Mimo wszystko zbliżyła się do niego, próbując objąć go swoimi ramionami.
- Pozwól mi pomóc.
- Nie chcę twojej pomocy.
- Przecież prawie nam się udało – zaczęła, niepewnie wysuwając w jego stronę dłoń. Dotknęła nią ramienia, wyczuwając jak zadrżał. I kiedy już myślała, że jego stan uległ zmienia, że powoli wracał do siebie, on znowu roześmiał się histerycznie.
- Widzę, jak się mnie brzydzisz – wyznał z niesmakiem, rzucając jej jedno, przepełnione zawiścią spojrzenie. Z wrażenia otworzyła szerzej oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała. Bez zastanowienia sięgnęła ręką jego policzka.
- Luke ...
- Wynoś się! - krzyknął, odtrącając ją. Kiedy zrobił dość spory zamach, zupełnie niezamierzenie jego dłoń uderzyła ją w twarz, a wyjątkowo nieprzyjemny dźwięk rozległ się w niewielkim pomieszczeniu. Z łoskotem, rażona siłą jego uderzenia poleciała na ścianę, dość mocno obijając sobie plecy.
Nagle oboje zamarli, wpatrując się w siebie z przerażeniem. Bez problemu dało się słyszeć ich szaleńcze oddechy i bardziej gwałtowne uderzenia serc. Ta cisza trwała zaledwie krótką chwilę, choć dla nich zdawała się być bezkresną wiecznością, w której bezpowrotnie zawaliły się ich światy.
Luke zakrył usta dłonią i bez słowa podniósł się z podłogi, wybiegając z mieszkania.
I żadne z nich nie zdawało sobie w tamtej chwili sprawy z tego, że nie powinni pozwolić na to, aby drzwi zamknęły się z przeraźliwym trzaskiem. Nie byli świadomi tego, że Alex powinna zrobić wszystko, aby go zatrzymać, a on powinien zrobić wszystko, aby zawrócić.
Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedzieli.












WTNGD ma angielską wersję, yaaaaaaaaaaaaaaay! Bezgranicznie jestem za to wdzięczna @TakiSeFejm i @Niess94 <KLIIIIIK>


To chyba tyle. Druga część tego rozdziału zależy od was. /edit: data jej dodania/


Enjoy!

xoxo
Alice




2.21. A tląca się cichutko iskra rozpaliła dawny płomień.

- Musimy porozmawiać – powiedzieli równocześnie, spoglądając w swoją stronę niepewnie, jakby czymś nagle przestraszeni. Krótką chwilę wpatrywali się w siebie z niezwykłą intensywnością po to, aby ułamek sekundy później odwrócić nieco speszony wzrok. Utrzymująca się między nimi od jakiegoś czasu cisza obojgu zaczęła ciążyć i doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nie dało się tego wszystkiego już uniknąć. Byli świadomi tego, że po powrocie Chrisa do domu nic nie było już takie samo, a ta zimna obojętność, która między nimi się wytworzyła była aż nazbyt wyczuwalna. Każdy gest wydawał się wymuszony, rozmowy ograniczały się do tych wyłącznie niezbędnych, a jakakolwiek bliskość kończyła się krzywymi spojrzeniami i natychmiastowymi unikami. I gdzieś podświadomie chyba oboje zdawali sobie sprawę, że nie dało się tego uratować.
- To nie ma sensu, my nie mamy sensu – Chris odezwał się pierwszy, odwracając się w jej stronę z dłońmi opartymi o kuchenny blat. Dziewczyna westchnęła cicho i odłożyła trzymany w ręce nóż, którym próbowała obrać jabłko.
- Naprawdę tego nie chciałam – załkała cichutko, posyłając w jego kierunku niedługie, pełne gorzkich łez spojrzenie.
- Widocznie tak musiało być.
- To moja wina – przyznała z pełną szczerością, a słaby głos kolejny raz załamał się. Blondyn opuścił ręce i zrobił chwiejny krok, chwytając jej zaciśniętą pięść w swoją dłoń.
- Stchórzyłem w najgorszym z możliwych momentów, zostawiłem cię wtedy, gdy najbardziej mnie potrzebowałaś. To także moja wina – odparł z żalem i unosząc rękę, założył opadające na oczy pasmo jasnych włosów. Przesunął kciukiem po jej policzku, sprawiając że zamrugała kilkakrotnie, a jedna łza spłynęła po rozpalonej skórze.
- Nigdy nie przypuszczałam, że znowu będę musiała pozwolić komuś odejść.
- Tak naprawdę nigdy nie pozwoliłaś odejść Hemmingsowi, szczęściarz z niego – zażartował posępnie, a Alex poczuła dość silne ukłucie w żołądku. Spojrzała pospiesznie na niego, otwierając szerzej oczy. Widząc jej przerażenie i niezrozumienie, Chris uśmiechnął się. - Nigdy ci tego nie mówiłem, ale bywały noce, kiedy nieustannie wołałaś go przez sen.
- O czym ty mówisz? - zapytała nerwowo, a on ponownie uniósł kąciki ust.
- Nie chciałem wtedy dopuścić do siebie myśli, że wciąż o nim pamiętasz, dlatego starałem się wyrzucić wszystko z pamięci, licząc po cichu że wreszcie to się skończy – wyjaśnił, a pod nią kolana się ugięły. W ostatniej chwili podtrzymała się oparcia krzesła, gdy obraz przed jej oczami pociemniał. Pochyliła się lekko, z trudem oddychając.
- Dlaczego nic nie powiedziałeś?
- Wolałem udawać, że mimo wszystko trochę ci na mnie zależało – odpowiedział z ponurym uśmiechem, powodując że poczuła, jak zaczynało jej się robić niedobrze. Niespokojnie oblizała końcem języka spierzchnięte wargi, rozchylając je nieco mocniej.
- Pomogłeś przejść mi przez najciemniejszy okres w moim życiu, więc zawsze byłeś dla mnie ważny! I to nigdy się nie zmieni – sprostowała momentalnie te słowa, zaciskając z całej siły drżące usta. Chwyciła w dłonie jego koszulkę, jakby próbowała krótkimi szarpnięciami zaprzeczyć temu wszystkiemu. Kolejna łza spłynęła po policzku.
- Ale nie tak ważny jak on – stwierdził ciszej i przygarnął ją bliżej siebie, gdy z zawstydzonym wzrokiem opuszczała głowę. - Proszę cię, nie płacz.
Gdy ponownie dotknął jej twarzy, spojrzała na niego załzawionymi oczami. Rozpłakała się i nie była już w stanie tego kontrolować. Łzy samowolnie toczyły się po policzkach, a ona nie potrafiła z nimi walczyć w jakikolwiek sposób. Wiedziała, że właśnie w tamtej chwili przekreślali ostatnie lata, które wspólnie spędzili i mieli zacząć żyć nowym życiem.
Osobno.
- Więc zgaduję, że tak wygląda koniec, czyż nie? - zapytał ze smutnym półuśmiechem na ustach, przyglądając się dziewczynie. Natłok myśli sprawiał, że nie stać ją było nawet na jedno krótkie sensowne zdanie, a nadal drżące z rozpaczy wargi wcale nie ułatwiały tego zadania.
- Chris – jęknęła rozpaczliwie, wtulając się gorliwie w jego ramiona. Z nieskrywanym zaskoczeniem objął ją z równie bezkresną troskliwością.
- Obiecaj mi, że będziesz szczęśliwa – szepnął z ustami przytkniętymi do jej czoła, składając ostatni pocałunek. - Mimo iż była to tylko złudna iluzja, fajnie było cię mieć chociaż przez chwilę.
- To nie była iluzja! - zaoponowała raptownie, ale w jej głosie zdecydowanie zabrakło przekonania, bo sama nie wierzyła w sens swoich słów.
Chris zaśmiał się, przytulając ją do siebie.
- Od zawsze należałaś tylko do niego, niezależnie od tego, jak bardzo pragnąłem mieć cię wyłącznie dla siebie. Zawsze jego wspomnienie unosiło się między nami.
- Nie ...
- Alex! – uciszył ją momentalnie, przykładając palec do jej drżących ust. - Gdybyś tylko mogła dostrzec ten uśmiech, ten błysk w oku, kiedy tylko o nim myślisz. Cholernie mu tego zazdroszczę.
- Przepraszam – szepnęła z drżeniem, ale nie była już w stanie spojrzeć na niego. Zabrakło jej odwagi.
- Mam nadzieję, że teraz wam się uda, bo zasługujesz na wszystko, co najlepsze.
Otulił ją mocniej, kołysząc delikatnie w rytm uspokajającego się oddechu.

*


Nie spodziewał się jej, dlatego kiedy tylko drzwi otworzyły się, a on niespiesznie uniósł głowę znad zabazgranej kartki, nie krył zdziwienia nieoczekiwaną obecnością blondynki. Stanęła w progu, wbijając w niego puste spojrzenie. Gdy walizka, którą ze sobą przyniosła, wysunęła się z jej dłoni i z ogromnym łoskotem upadła na podłogę, nawet nie mrugnęła. Dłuższą chwilę praktycznie nie ruszała się, wciąż uparcie patrząc na niego pełnymi łez oczami. Mokre włosy kleiły się do twarzy, a zsiniałe usta drżały niespokojnie z zimna. Nagle zerwała się i podbiegła w jego stronę, a kiedy tylko zdołał podnieść się z krzesła, ona już znajdowała się w jego objęciu. Z dziecięcą ufność przylgnęła do niego, wtulając się w otwarte wyłącznie dla niej ramiona. Wydała mu się taka krucha, mała i zagubiona, całkowicie zdana na niego.
- Znowu wszystko zepsułam – zaszlochała ze smutkiem, zacieśniając jeszcze mocniej ręce wokół niego. Dygotała z wyziębienia i przemoczenia, a jej skostniałe palce z całej siły ściskały pomięty już materiał bawełnianej koszulki, zupełnie jakby bała się go wypuścić. Doskonale wyczuwał szaleńcze bicie jej serca, kiedy nadal z tym bezgranicznym zaufaniem wciskała się w jego ramiona. Gdy kolejny spazmatyczny jęk wydobył się z jej ust, uniósł rękę i z ogromną troskliwością pogładził mokre włosy.
- Alex, musisz się uspokoić! - zarządził stanowczym głosem, ujmując w dłonie twarz dziewczyny, po czym kciukami zaczął delikatnie sunąć po zaróżowiałych policzkach. Wpatrywała się w niego nieprzytomnie, a słone łzy wciąż wypływały z zapuchniętych oczu. Luke ponownie przyciągnął ją mocno do siebie, zamykając szczelnie w uścisku swoich ramion. Początkowo nawet jego dotyk nie pomagał, bo nadal trzęsła się, ale z każdym kolejnym wyszeptywanym na ucho słowem wydawała się odzyskiwać kontrolę. Jej oddech stał się zdecydowanie bardziej miarowy. Gdy odetchnęła głębiej, zbliżyła się do niego jeszcze bardziej, łapczywie pragnąc jego bliskości.
- Potrafię tylko rozwalać życie innym – stwierdziła cicho, pociągając nosem. Przesunął dłoń wzdłuż jej pleców, wyczuwając dokładnie jak zadrżała, gdy palce dotknęły kawałka odsłoniętej skóry.
- Powinnaś odpocząć, to na pewno był ciężki dzień.
- Ciężki dzień?! - zapytała z wyraźną kpiną w głosie, odsuwając się od niego raptownie. Nie był przygotowany na taką reakcję z jej strony. Nagle stała się bardzo rozdrażniona. - Ot tak zniszczyłam ostatnie lata mojego życia, przekreśliłam wszystko dla przyszłości, której nawet nie mogę być pewna. Jednym zamachem zniszczyłam wszystko to, co tak misternie tyle czasu próbowałam zbudować – kontynuowała roztrzęsiona, żywiołowo gestykulując rękami. Luke uważnie ją obserwował, śledząc każdy porywczy ruch, słowo, uniesiony ton.
- Żałujesz?
Jedno krótkie pytanie sprawiło, że momentalnie zamarła w bezruchu, a jej zapuchnięte, pozbawione blasku oczy bardzo powoli przeniosły się na niego. Zamrugała niepewnie z otartymi ustami, oddychając ciężko. Jej zdezorientowana mina jednoznacznie wskazywała na to, iż to stwierdzenie kompletnie ją zaskoczyło. Sekundy mijały, a oni stali naprzeciw siebie, w niezwykle wymownej ciszy wymieniając przestraszone spojrzenia. Dostrzegł jak ponownie jej usta zaczęły drżeć, a pod powiekami pojawiły się kolejne łzy. Bez słowa, z niewielkim poczuciem winy przygarnął ją do siebie, dość mocno zakleszczając w pełnym zachłanności uścisku.
- Czuję się tak, jakby każda moja decyzja była zła – wyznała po chwili, pochlipując żałośnie w jego koszulkę. Westchnęła cicho z nieznaczną ulgą, gdy dłonią przesunął wzdłuż jej pleców, delikatnie masując napięte mięśnie. - Nie potrafiłam nic zrobić, bo nie chciałam nikogo ranić, ale to raczej nieuniknione. Bo chyba tylko to mi w życiu wychodzi, rozpieprzanie ludziom życia.
Nie potrafił znieść tego, że znowu obarczała się winą, dlatego postanowił jej przerwać.
- Kocham cię – wykrztusił z siebie, nie będąc do końca przekonanym, dlaczego to krótkie wyznanie padło z jego ust. Czuł jednak, że to była właśnie ta odpowiednia chwila, na którą czekał tak długo. Alex w momencie zamilkła, a jej rozbiegany wzrok gwałtownie zatrzymał się na nim. Cisza przeplatana jedynie ich szaleńczymi oddechami zdawała się przejmować nad nimi kontrolę.
- Co-o? - wyjąkała nieprzytomnie, odruchowo wycofując się. Luke uśmiechnął się, kiedy otworzyła jeszcze szerzej oczy. - Ja nie wiem, co powiedzieć.
- Wiesz, że tak naprawdę nigdy oficjalnie nie rozstaliśmy się? – spytał z nutką rozbawienia i chwycił jej dłoń, obejmując troskliwie długimi palcami. Nieśmiało zbliżyła się do niego, gdy pociągnął ją za rękę. - To nigdy nie minęło i chyba nigdy nie przeminie. Tak bardzo próbowałem cię znienawidzić, wyrzuć z głowy, wmówić sobie, że to było tylko na chwilę, ale nie potrafiłem. Szukałem zapomnienia u innych, upijałem się do nieprzytomność, byle tylko nie myśleć, ale za każdym pieprzonym razem, to właśnie ty byłaś pierwszą rzeczą, która po przebudzeniu mnie nawiedzała. W każdej doszukiwałem się cząstki ciebie, raz to były jasne włosy, innym razem niebieskie oczy, albo zadarty nos. Ale przecież ciebie nikt nie byłby w stanie nigdy zastąpić.
- Luke - westchnęła pełnym emocji rozedrganym głosem, przygryzając z całej siły wargi. - Tak bardzo za tobą tęskniłam, ale … - dodała, jednak on prawie od razu jej przerwał.
- Powiedz mi czego się boisz.
- Ja, ja … - zaczęła się plątać, unikając jego świdrującego spojrzenia, choć doskonale czuł jak jej malutkie dłonie zażarcie przesuwały się po plecach, jakby wciąż łaknęła jego bliskości. W końcu wzięła głębszy wdech i opuściła z bezradnością ramiona. Szybko jednak pochwycił ją, zmuszając do tego, aby na nowo popatrzyła na niego. Gdy zrobiła to z ogromną niechęcią, wysilił się na cień uśmiechu.
- Wiem, że mam problemy, z którymi czasami sobie nie radzę, że nie jestem idealnym, że nie jestem w stanie zapewnić takiej stabilizacji i pewnością, jaką oferował ci wcześniej Chris, ale obiecuję, że zrobię dla ciebie wszystko, byś czuła się szczęśliwa.
- Luke – załkała i unosząc dłoń, dotknęła palcami jego policzka. Jej dotyk sprawił, że przymknął na moment oczy, rozkoszując się chwilą błogiej przyjemności. - Tak bardzo za tobą tęskniłam!
Kąciki jego ust powędrowały do góry, gdy zarzucała mu ręce na szyję, wtulając się w niego z niezwykłą czułością. Stracił na moment równowagę, nie przypuszczając, że z taką gwałtownością wpadnie w jego ramiona. Złapał ją mocno, unosząc delikatnie nad ziemią tak, że już nawet palce stóp nie stykały się z podłogą. Zawsze fascynował go fakt, że była niższa od niego, co pozwalało mu chować całe jej niewielkie ciało w swoim objęciu. Pochylił się, mrucząc cicho do jej ucha, kiedy wsuwała palce w jego włosy.
- Kocham cię, Alexandro – szepnął prawie bezgłośnie, zakładając jasny kosmyk za ucho, a delikatne drżenie w jego głosie nadało tej chwili jeszcze bardziej intymny charakter. Miał wrażenie, że ta dłuższa forma jej imienia spowodowała krótki uśmiech na ustach, które bardzo powoli przylgnęły do skóry jego szyi, składając na niej niespieszne, czułe pocałunki. Zadrżała pod wpływem sunących coraz niżej dłoni blondyna, które nieprzerwanie przyciągały ją do niego. Przestrzeń między ich ciałami przestała praktycznie istnieć, łącząc ich w idealną jedność, którą zdawali się wzajemnie tworzyć. Krótki spektakl zmysłów stał się ich udziałem, a cały otaczający świat jakby na moment stanął w miejscu, podziwiając w zachwycie kiełkujące na nowo uczucie.
A oni oderwani od rzeczywistości uczyli się poznawać poznane.





xoxo

Alice