Kiedy nadeszła
noc i zrobiło się już ciemno, a Luke powoli zaczął
zdawać sobie sprawę z tego, co kilka godzin temu wydarzyło się,
postanowił wrócić do mieszkania. Niechętnie podniósł się z
parkowej ławki, na której spędził pół dnia, nie zważając na
panujący na zewnątrz przeszywający chłód. Zima powoli opuszczała
już Nowy Jork, ale mimo to pogoda wciąż nie była odpowiednia na
tak długie wyjścia. On jednak zdawał się zupełnie tym nie
przejmować, traktując dokuczliwe zimno jako pewnego rodzaju karę.
W pewnej chwili
zatrzymał się przed jeszcze otwartą kwiaciarnią, dostrzegając
przy szybie niewielki bukiet z maleńkich, białych róż. Nie
wiedział dlaczego, ale momentalnie pomyślał o Alex, a prawie
niezauważalny uśmiech przemknął przez zaczerwienioną z zimna
twarz. Bez wahania wszedł do środka i postanowił kupić wcześniej
zauważone kwiaty.
- Dla kogoś
szczególnego? - zapytał sprzedawca, uśmiechnięty staruszek, który
owijał małą wiązankę w przezroczystą, szeleszczącą folię.
Luke uniósł niespiesznie wzrok, przyglądając się mężczyźnie z
uwagą. Nagle i on się uśmiechnął.
- Tak –
potwierdził z pewnego rodzaju rozmarzeniem w głosie, a sama myśl o
dziewczynie sprawiła, że poczuł przyjemne ciepło rozlewające się
po wnętrzu.
- To dość
niespotykane, bo zazwyczaj ludzie wybierają czerwone róże –
ocenił z zadumą właściciel.
- No właśnie,
wszyscy wybierają czerwone, ale to nie jest zwyczajna osoba, to taki
mój anioł, ktoś wyjątkowy, a tacy zasługują na wyjątkowe
kwiaty, prawda? - odparł radośnie, odbierając od niego pakunek.
Zapłacił i ogarnięty przedziwną lekkością ruszył w stronę
wyjścia.
- Proszę w takim
razie jej pilnować, bo czasami nawet anioły potrzebują naszej
pomocy – staruszek zawołał za nim na pożegnanie, a Luke odwrócił
się tylko za siebie, posyłając mu pełne wdzięczności
spojrzenie, po czym opuścił kwiaciarnię. Naciągnął kaptur na
głowę, przyspieszył kroku, nie mogąc się już doczekać
ponownego spotkania z nią. Kątem oka cały czas zerkał na trzymany
w dłoni bukiecik i choć zdawał sobie sprawę, że kilka kwiatków
nie było w stanie zmazać jego win, to gdzieś podświadomie czuł,
że od teraz wszystko mogło być już tylko lepiej. Był gotowy na
to, aby kolejny raz stawić czoła chorobie, wrócić na terapię,
wyzdrowieć. Dla niej. Nie chciał, by to, co się wydarzyło
mijającego dnia, powtórzyło się kiedykolwiek. Miał dla kogo
walczyć, miał dla kogo żyć i nie mógł kolejny raz tego
wszystkiego zepsuć.
Był już prawie na
miejscu, kiedy doszły go niepokojące odgłosy zjeżdżających się
z każdej strony wozów strażackich, policji, pogotowia. Początkowo
nie wiedział, czemu to wszystko służyło i co tak naprawdę się
wydarzyło, ale kiedy tylko skręcił w uliczkę prowadzącą do
budynku, w którym znajdowało się jego mieszkanie, zaczął powoli
wszystko rozumieć. Tłum gapiów gromadził się przy okalającej
cały plac przed blokiem taśmie. Zmarszczył lekko czoło w geście
kompletnego niezrozumienia i podszedł bliżej. Dopiero gdy uniósł
głowę, poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku, a obraz przed
oczami momentalnie pociemniał. Z okien najwyższej kondygnacji
wydobywał się gęsty dym i żarzące się w ciemności płomienie.
Bez zastanowienia przepchał się do przodu i nie zważając na
nawoływania jednego z policjantów, przedostał się na zagrodzony
teren, biegnąc w kierunku wejścia do klatki. Był już kilka kroków
od celu, gdy poczuł dość bolesne szarpnięcie w łokciu. Zaczął
się wyrywać, ale trzymający go strażak zdawał się być
silniejszy.
- Nie możesz tam
wejść, zwariowałeś?! - krzyknął, odciągając go na bok. Luke
nie zamierzał potulnie współpracować, ciągle szarpiąc się z
mężczyzną.
- Tam jest moja
Alex, ja muszę tam wejść! - zaczął się wydzierać, wskazując
ręką na buchający z ostatniego piętra ogień. Miał tylko jedną
myśl, aby ją uratować. Nic innego nie miało w tamtej chwili
znaczenia. Zaczął jednak kaszleć, kiedy drażniące opary dostały
się do gardła. Odruchowo zasłonił usta dłonią, ale nawet to nie
pomogło. Z trudem oddychał, dławiąc się ostrym dymem, którego
intensywność sprawiała, że jego oczy momentalnie zaczerwieniły
się. Temperatura powietrza już dawno spadła poniżej zera, a on
mimo to odczuwał niesamowite ciepło, powodujące niewielkie
rumieńce na przejętej twarzy.
- Wszystkie ofiary
przewiezione zostały do szpitala – wyjaśnił mu ktoś inny,
próbując przedrzeć się przez zagłuszające wycie syren i
ożywiony gwar tłumnie zgromadzonych obserwatorów. Szarpnął go
kolejny raz, przeciągając za taśmę bezpieczeństwa.
I nikt nie zauważył
wypadającego z dłoni bukietu małych, białych róż, który prawie
bezgłośnie upadł na chodnik, po chwili całkowicie rozdeptany
przez biegających w pośpiechu ratowników.
*
Był spokojny. Być
może zbyt spokojny, bez mrugnięcia wpatrując się w jeden punkt
przed sobą. Siedział na krześle w szpitalnym korytarzu, oczekując
na lekarza. Kołysał się delikatnie w przód i w tył, a w myślach
odliczał upływające niepokojąco powolnie sekundy. Nie był już
nawet pewien tego, jak się tam dostał, ale i tak w tamtej chwili
ten fakt z jego życia wydawał się być kompletnie nieistotny. Nie
reagował na przechadzających się przed jego oczami pacjentów, czy
pielęgniarki, które albo oferowały wodę, koce, tabletki
uspokajające, albo też obdarzały go jedynie litościwym
spojrzeniem, wracając do swoich obowiązków. On jednak niczego nie
potrzebował. Niczego poza Alex.
- W izbie przyjęć
powiedziano mi, że tutaj cię znajdę – obcy, męski głos rozległ
się tuż obok, sprawiając że blondyn z ogromną niechęcią
oderwał wzrok od ściany i zadarł lekko głowę, spoglądając bez
wyrazu na nieznajomego. - Luke, prawda? - dopytał, ściągając z
głowy kask. Chłopak zmierzył go osądzającym wzrokiem i bez
przekonania skinął głową. - Jestem Tom, to ja wyniosłem ją z
budynku …
- I co? Przyszedłeś
się tym pochwalić? Czy może liczysz na jakieś brawa i odznaki? -
warknął kpiąco, a jego twarz przeszył złośliwy grymas.
Mężczyzna zdawał się jednak nie przejmować jego bezpodstawnymi
oskarżeniami, zupełnie jakby był na nie przygotowany. Westchnął
tylko z bezradnością i wręczył mu tak dobrze znany futerał,
który z jednej strony był całkowicie zwęglony. Zapach spalenizny
sprawił, że Luke'owi zrobiło się niedobrze. Nerwowo przełknął
ślinę, chwytając gitarę w ręce.
- Prawdopodobnie
wróciła się właśnie po to, bo gdy ją znalazłem, przyciskała
go mocno do siebie. I za wszelką cenę walczyła, by i to uratować
– zrobił krótką pauzę, widząc że blondyn chyba zupełnie
przestał już zwracać uwagę na to, co do niego mówił, skupiając
się wyłącznie na zniszczonym instrumencie. Przysiadł się obok
niego, rozpinając zamek służbowej kurtki.
- A gdyby się nie
wróciła? - zapytał nagle, jego głos brzmiał jakoś obco.
Przekręcił głowę i popatrzył nieprzytomnie na zmęczoną i wciąż
osmoloną twarz strażaka.
- Nie zadawaj sobie
takich pytań, one nic nie zmienią – poradził, niepewnie
dotykając jego ramienia i pokrzepiająco go poklepał. To jednak
wcale mu nie pomogło, bo nie mógł znieść myśli, że przez jego
głupią gitarę walczyła teraz o życie. Z całej siły zacisnął
palce na skórzanym obiciu, czując jak spod zagryzionej wargi
zaczyna sączyć się krew. Zamknął oczy, opuszczając głowę.
- Moja Alex, moja
Alex, moja Alex – powtarzał jak w transie, bujając się na boki.
Kompletnie nie zwracał uwagi na to, że obok niego wciąż znajdował
się mężczyzna, który z ogromnym żalem i smutkiem przyglądał
się mu w milczeniu.
- Wiesz, mimo
wszystko jesteś ogromnym szczęściarzem, bo trafił ci się
najprawdziwszy anioł – odezwał się w końcu, zyskując na nową
uwagę Hemmingsa. - Zanim straciła całkowicie przytomność, cały
czas powtarzała twoje imię, a na sam koniec chyba już nie całkiem
świadomie wyznała, że cię kocha – dodał z delikatnym
uśmiechem. Luke przez dłuższą chwilę obserwował go, nie
potrafiąc się odezwać. Jego pozbawiony wyrazu wzrok śledził
zaniepokojoną twarz Toma, ale nie był w stanie wydobyć się z
siebie nawet krótkiego dźwięku. To wszystko działo się zbyt
szybko, a jego umysł nie potrafił znieść natłoku myśli.
Gdy tylko klamka w
drzwiach sali, w której leżała dziewczyna drgnęła, poderwał się
na równe nogi i podbiegł do wychodzącego z niej doktora,
całkowicie zapomniał o swoim wcześniejszym towarzyszu. Rzucił się
na niego dość niespodziewanie, chwytając raptownie poły jego
białego fartucha.
- Co z nią?! -
wykrzyknął, nie zważając na to, że był środek nocy. Potrząsnął
nim stanowczo, kiedy ten próbował go uspokoić.
- Nie będę niczego
przed panem ukrywał – zaczął z pewnego rodzaju niepewnością,
dostrzegając roztrzęsionego blondyna, ale kiedy tylko ten skinął
głową, zdecydował się kontynuować. - Poza widocznymi obrażeniami
zewnętrznymi doszło do poważnego oparzenia i obrzęku dróg
oddechowych, co przyczyniło się do ostrej niewydolności
oddechowej. Nie jest w stanie oddychać samodzielnie. Podaliśmy
kolejną, podwójną dawkę morfiny, by uśmierzyć ból. Ta noc jest
decydująca, ale szanse są niewielkie – mówił dalej, ale Luke
przestał go już słuchać, cały czas zerkając przez jego ramię
na leżącą w sali dziewczynę. Nerwowo zagryzał usta, przestępując
z nogi na nogę. W pewnej chwili zorientował się, że lekarz
zamilkł i wpatrywał się w niego uważnie. Potrząsnął więc
głową i biorąc głębszy oddech, spojrzał na mężczyznę.
- Muszę tam wejść
– oznajmił stanowczo, wyczekując reakcji doktora. Ten opuścił
bezradnie ramiona i zrobił krok w bok, schodząc mu z drogi.
- Uprzedzam pana
tylko, że ona jest całkowicie odurzona lekami, nie jest już
niczego świadoma i prawdopodobnie jest nieczuła na jakiekolwiek
bodźce – ostrzegł go, nie chcąc chyba rozbudzać w nim zbyt
wielkich nadziei. Zniżył wzrok, spoglądając na ściskającą jego
ramię rękę.
- Nie rozumiem –
Luke kolejny raz pokręcił głową, wyrywając dłoń. Zmarszczył
czoło i popatrzył na niego gniewnie.
- Ona odchodzi –
dodał ciszej, a Hemmings przez niedługą chwilę wpatrywał się w
niego bez słowa. Moment później odwrócił się gwałtownie i
ignorując wszystko to, co przed chwilą usłyszał, ruszył
chwiejnym krokiem w stronę łóżka Alex.
Kiedy tylko ją
zobaczył, coś w nim nieodwracalnie pękło. Z głuchym łoskotem
upadł na ziemię, uderzając z pełnym impetem kolanami o twardą
powierzchnię. Ból fizyczny jaki temu towarzyszył był jednak
niczym w porównaniu z tym, jak ogromne cierpienie zawładnęło jego
psychiką. Jedna krótka chwila sprawiła, że rozsypał się
kompletnie, tracąc wszystko, co wydawało mu się istotne w jego
marnym życiu. Opuścił głowę, nie mogąc dłużej spoglądać w
kierunku dziewczyny. Była nieprzytomna, ale wyraz jej poparzonej
twarzy wyrażał cały ból, któremu musiała stawiać czoła. Jej
długie, jasne, zawsze lśniące włosy teraz były zupełnie ścięte
i przybrały smutny odcień szarości. Całe oparzone ciało owinięte
było chłodzącymi opatrunkami, spomiędzy których wystawały
poprzyczepiane kabelki. Była podłączona do respiratora, dlatego
doskonale słyszał każde słabiutkie uderzenia jej serca, ale im
dłużej się w nie wsłuchiwał, tym cichsze mu się wydawały.
Musiał szybko skupić uwagę na czymś innym, dlatego czym prędzej
chwycił jej dłoń i przycisnął drżące, mokre od łez usta do
poranionej skóry. Jej obecność, możliwość choćby krótkiego
dotknięcia sprawiły, że cały wcześniejszy strach zaczął się
wycofywać. Pikanie zawieszonej nad łóżkiem maszyny zdecydowanie
przyspieszyło na niedługi moment, gdy ich palce złączyły się.
Uniósł głowę i przecierając rękawem twarz, popatrzył ponownie
na nią. Odetchnął głęboko i delikatnie, tak by przypadkiem nie
zrobić jej krzywdy opuszkami palców przesunął po jej policzku.
Był ciepły i lekko chropowaty.
- Moja mała,
śliczna księżniczka – szepnął i pochylił nieznacznie głowę
w bok, niepokojąco opanowanym spojrzeniem obserwując blondynkę.
Zupełnie niespodziewanie zaczął zachowywać się tak, jakby ona
tylko spała i za chwilę pełna energii miała wstać i na nowo
zadziwiać świat. Niedawne spazmatyczne napady rozpaczy przemieniły
się w pełen bólu pozorny spokój i ciszę. Zaczął coś niemrawo
nucić, gładząc kciukiem wewnętrzną stronę jej dłoni. Powoli
kołysał się na boki i co jakiś czas odgarniał resztki włosów z
jej czoła. Aparatura zapiszczała złowrogo, ale gdy tylko zerknął
w stronę migającego monitorka, wirujące po nim kreski wydawały
się wolno, ale nadal miarowo wybijać rytm jej osłabionego serca.
Skierował oczy na Alex, po czym mocniej zacisnął palce wokół
bezwładnej ręki, która cały czas uporczywie wysuwała się z
uścisku.
Nie mógł myśleć
o tym, co się wydarzyło. Nie próbował nawet tego zrozumieć, bo
wiedział, że skończyłoby się to tragicznie. Dlatego czynił
wszystko co w jego mocy, aby umysł opanowały wyłącznie dobre
wspomnienia, wspólne chwile, ukradkiem skradzione pocałunki, pełne
emocji wymiany spojrzeń, przyprawiające o dreszcze zetknięcia
ciał, cicho szeptane wyznania i przyrzeczenia.
- Znajdę cię
kiedyś, nawet tam po drugiej stronie – obiecał z ogromną
pewnością w głosie i delikatnie podnosząc się, złożył czuły
pocałunek na ustach dziewczyny. I w tej samej chwili rozległo się
ostatnie uderzenie jej serca, po którym nastąpiła okrutnie długa
cisza, rozrywająca go od środka na małe kawałeczki. Kolejny raz z
bezwładnie upadł na podłogę, tracąc na moment świadomość.
I tak właśnie
skończył się jego świat. Nie ogromnym hukiem, ale ostatnim cichym
oddechem i bezgłośnie wysuwającą się dłonią ze słabnącego
objęcia. Nocną ciszę przerywał bezlitosny pisk maszyny, który
zagłuszył przepełnione bólem ciche kwilenie i spływającą po
policzku samotną łzę, która opadła na jej nieruchomo
spoczywającą rękę.
Odeszła na zawsze
bez pożegnania, bezpowrotnie zabierając ze sobą cały sens jego
życia. Bo najwyraźniej ten świat nie był ich.
xoxo
Alice